Tak jakoś mam, że zapał do prowadzenia bloga mnie, nie do końca opuszcza, ale ze względu na moją chaotyczną naturę, unika. Bo albo mi się nie chce, albo nie mam czasu, albo jest ciemno i zdjęcia brzydkie, albo jeszcze jakies inne wymówki. Koniec świata.
Z założenia- ten blog miał być archiwum mojej pracy twórczej. Przez ostatnie trzy dni zajmował mnie większy projekt- moje kolejne, tym razem mniej swobodne podejscie do XIXw. sukni. Starałam się przycelować w okolice roku 1890 ;) Nie jest to suknia balowa, więc nie mogłam przesadzić z nadmiarem falban i marszczeń. Z resztą, od dawna chodziła mi po głowie suknia codzienna, w ciemnym kolorze, nawiązująca do tych, która na znak żałoby narodowej nosiły ówczesne polskie kobiety. Materiał który wykorzystałam, to 8 mb czarnego, grubego lnu.
Pierwotnie miałam zamiar uszyć też bluzkę, ale dzięki licznym darowiznom (dzięki Iga!) mam tyle bluzek korespondujących ze stylem, że aż szkoda je trzymać w szafie na rzecz powstania kolejnych. Żakiet jest moim pierwszym podejsciem, szyty metodą Kwiatkowskiej (nie wiesz jak coś zrobić? weź coś podobnego z szafy, tam zmierz, tu odrysuj, a może masz jakiś rękaw do wyprucia? na pewno będzie łatwiej odrysowac od niego. A teraz zszywaj, docinaj, zakładaj, dopóki nie będzie na ciebie dobre). Na polu kostiumowym, przynajmniej na razie, czuję się spełniona.
8 sty 2015
29 gru 2014
Piernikowe podsumowanie 2014
Święta już za nami i większość z moich budowlanych działań w tym roku została zapewne zjedzona, ale miło sobie popatrzeć co w tym roku wyszło z piekarnika. Sześć mniejszych i jedna potężniejsza piernikowa chatka, a także na specjalne zamówienie mojej siostry, piernikowa Godzilla. W tym roku zaistniała pewna innowacja... Piernikowi mieszkańcy doczekali się odrobiny cywilizacji i mieli u siebie światło, które dzielnie dostarczały ledowe lampki na baterie ;) Wszystkie pierniki niezmiennie wypiekam z tego samego przepisu [przepis na pierniki]. W tym roku zużyłam 8 porcji ciasta, ale wśród oczekujących na piernikowe lokum radość była wielka.
30 wrz 2013
Dyniowe muffinki z czekoladą o korzennym aromacie.
Wypróbowany przepis na muffiny dyniowe z czekoladą o piernikowym aromacie. Trzeba się czymś zająć żeby nie zwariować.
Puree z dyni robimy w sposób banalny. Kroimy warzywo na ćwiartki, wyciągamy dyniowe wnętrzności, wkładamy do żaroodpornego naczynia i pieczemy pod pokrywką przez 40-60 minut w 170 stopniach, aż dynia zmięknie. Wyciągamy, ściągamy skórkę, a resztę atakujemy blenderem. Voila. Z racji tego, że dynie to potężne stwory- zamrażamy resztę. Do dyniowych muffinek potrzebne nam będą:
- 1,5 szklanki odsączonego puree z dyni
- 1 szklanka brązowego cukru
- 1 łyżeczka przyprawy do piernika
- 1/2 łyżeczki cynamonu
- 1/2 łyżeczki gałki muszkatołowej
- 2 jajka
- 100g tłuszczu (ja używam stopionej i przestudzonej margaryny)
- 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1/2 łyżeczki sody
- tabliczka gorzkiej czekolady
Czekoladę kroimy, byle niezbyt drobno. Kawałki wielkości 1/4 kostki powinny być ok. Mokre i suche składniki łączymy w osobnych miskach, wrzucamy mokre do suchego i chwilę mieszamy widelcem, ale nie za długo, bo inaczej w papilotkach wyrośnie nam gumowa niezjadliwość. Wlewamy do papilotek na 4/5 wysokości i pieczemy w piekarniku 170 st z termoobiegiem przez 20 minut. To wszystko. Jeśli jakieś babeczki się uchowają, warto je przechować w puszce-muffiny lubią szybko obsychać, a przecież takie wilgotny, pomarańczowy środek to już nie to samo na sucho...
Powodzenia!
20 wrz 2013
Się dzieje.
Tak dużo rzeczy na głowie, że blog pokrył się kurzem. Są jednak rzeczy ważne i ważniejsze. Blogasek nie będzie kwilił że głodny, w przeciwieństwie do małego lulaka, który jest u nas od zeszłego czwartku. Kocię ma teraz jakieś 3,5 tygodnia. Nie widziałam jeszcze aż tak przytulaśnego zwierzaka. Kiedy to piszę, mała pomrukuje mi na kolanach.
W kuchni dyniowo. Zrobiłam przedwczoraj dyniowe muffiny z czekoladą. Zniknęły tak szybko, że nie zrobiłam im żadnego zdjęcia, ale nic straconego. Następnym razem się podzielę (wirtualnie!). Szyciowo leżę i kwiczę. Ostatnio robiłam sakwy na rower. Ale teraz rower stoi w piwnicy i chyba tak już sobie postoi do następnego sezonu. Nie mam takiej odporności, żeby jeździć w deszczu i potem nie umrzeć...
Mokra jesień nie nastraja. Może wezmę udział w kolorowym rozdaniu? Pierwszy raz kiedyś zawsze musi być.
STARTUJĘ ;)
13 cze 2013
Sos z drobiowych serduszek... jest smaczniejszy niż myślałam!
Zrobił mi się z bloga o rękodziele blog kulinarny. Ale to chyba nic złego, w końcu gotuję też rękami ;D Niemniej jednak, jeden z projektów czeka na skończenie, jest obiecany już od dawna, więc będę musiała przysiąść w weekend z igłą i nitką. No i sezon, który własnie się rozpoczął wymaga pewnych poczynań w sferze strojów na odtwórstwo. Tymczasem szaleję w kuchni. Ostatnio zachwyciły mnie drobiowe serduszka, chociaż jeszcze kilka lat temu bym tego do ust nie wzięła, nie tylko podrobów, ale w ogóle- żadnego mięsa. Szybki telefon do mamy z pytaniem co można wyczarować z drobiowych serc i szybka akcja w kuchni- sos z drobiowych serc z kaszą i kiszonym ogórasem (też roboty mojej i Mojego Lubego!).
Serca drobiowe w sosie własnym:
Każdemu sercu trzeba odciąć koronę, czyli górną część. Są tam żyły i dużo tłuszczu, zupełnie nieprzydatne jeśli obiad ma być smaczny ;) kiedy już się z tym wszystkim uporamy, płuczemy je jeszcze raz, obtaczamy w mące i wrzucamy na patelnię, dorzucając w międzyczasie pokrojoną cebulkę i smażąc aż się lekko zrumienią. Zmniejszamy ogień i zalewamy ciepłym rosołem. Dodajemy włoszczyznę w słupkach. Dorzucamy liście laurowe, kilka ziarenek pieprzu i ziela angielskiego, i gotujemy aż do zmięknięcia (trwało to jakieś 35 minut). Pod koniec gotowania zagęszczamy i zabielamy sos, a na końcu doprawiamy go według uznania (trzeba uważać, żeby nie przesadzić z solą, jeśli w garze już wylądował rosołek z kostki!). Po wyłączeniu ognia pod garnkiem dodajemy posiekaną pietruchę. I na talerz ;)
Serca drobiowe są podobne w smaku do wątróbki, ale dużo delikatniejsze!
Serca drobiowe w sosie własnym:
- 600 g drobiowych serc;
- około litr rosołu (może być z kostki);
- cebula;
- 2 liście laurowe;
- pieprz ziarnisty;
- ziele angielskie;
- sól morska z ziołami;
- mleko i mąka do zabielenia;
- garść włoszczyzny w słupkach.
- świeża natka pietruszki.
Każdemu sercu trzeba odciąć koronę, czyli górną część. Są tam żyły i dużo tłuszczu, zupełnie nieprzydatne jeśli obiad ma być smaczny ;) kiedy już się z tym wszystkim uporamy, płuczemy je jeszcze raz, obtaczamy w mące i wrzucamy na patelnię, dorzucając w międzyczasie pokrojoną cebulkę i smażąc aż się lekko zrumienią. Zmniejszamy ogień i zalewamy ciepłym rosołem. Dodajemy włoszczyznę w słupkach. Dorzucamy liście laurowe, kilka ziarenek pieprzu i ziela angielskiego, i gotujemy aż do zmięknięcia (trwało to jakieś 35 minut). Pod koniec gotowania zagęszczamy i zabielamy sos, a na końcu doprawiamy go według uznania (trzeba uważać, żeby nie przesadzić z solą, jeśli w garze już wylądował rosołek z kostki!). Po wyłączeniu ognia pod garnkiem dodajemy posiekaną pietruchę. I na talerz ;)
Serca drobiowe są podobne w smaku do wątróbki, ale dużo delikatniejsze!
29 maj 2013
Żurek z jajami.
Ostatnio musiałam odpowiedzieć na pytanie- dlaczego gotuję zupy tylko na jeden dzień. Odpowiedź jest prosta- największy garnek jaki mam, to garnek czterolitrowy ;p Ostatnio króluje u nas żurek. Na białej kiełbasie obowiązkowo.
Białą gotujemy razem z włoszczyzną, zielem angielskim, łyżeczką majeranku, pieprzem, jałowcem i opaloną cebulą przez około 40 minut. To nasz wywar, z reguły zajmuje mi 3/4 garnka, ale podczas gotowania odparowuje i zostaje mniej więcej połowa.W międzyczasie podsmażamy zwykłą kiełbasę lub boczek na patelni, ziemniaki obieramy, kroimy w kostkę i dorzucamy do gara. Kiedy zmiękną, dodajemy przepuszczony przez praskę czosnek i łyżkę chrzanu. Zagęszczamy śmietaną i mąką. Wlewamy zakwas i gotujemy przez chwilę. Dosypujemy jeszcze trochę majeranku do smaku, doprawiamy solą, pieprzem, ewentualnie natką pietruszki i podajemy z przekrojonym na pół jajkiem na twardo i chlebem.
Oczywiście- nie trzeba posługiwać się zakwasem ze sklepu. Samodzielnie zrobiony zakwas nie jest niczym trudnym do osiągnięcia, ale wymaga trzydniowego wyprzedzenia ;) Zakwas na żurek jest podobny do zakwasu na barszcz biały, z tym wyjątkiem, że robi się go z mąki razowej. Potrzebujemy:
Mąkę zalewamy ciepłą wodą, dodajemy sprasowany czosnek i całą resztę, dokładnie mieszamy i odstawiamy w słoiczku (najlepiej przykrytym ściereczką, albo czymś, co będzie mu pozwalało oddychać). Po trzech dniach możemy już się chwalić własnoręcznie zrobionym zakwasem. Ta-daaam!
- cztery białe kiełbasy;
- dwie śląskie/ boczek;
- 1 cebula;
- 3 ząbki czosnku;
- włoszczyzna;
- majeranek;
- ziele angielskie;
- pieprz ziarnisty;
- 5 ziemniaków;
- śmietana i mąka do zagęszczenia;
- łyżka tartego chrzanu ze słoiczka;
- gotowy zakwas (0,5l);
- sól i pieprz;
- po jajku na głowę ;)
Białą gotujemy razem z włoszczyzną, zielem angielskim, łyżeczką majeranku, pieprzem, jałowcem i opaloną cebulą przez około 40 minut. To nasz wywar, z reguły zajmuje mi 3/4 garnka, ale podczas gotowania odparowuje i zostaje mniej więcej połowa.W międzyczasie podsmażamy zwykłą kiełbasę lub boczek na patelni, ziemniaki obieramy, kroimy w kostkę i dorzucamy do gara. Kiedy zmiękną, dodajemy przepuszczony przez praskę czosnek i łyżkę chrzanu. Zagęszczamy śmietaną i mąką. Wlewamy zakwas i gotujemy przez chwilę. Dosypujemy jeszcze trochę majeranku do smaku, doprawiamy solą, pieprzem, ewentualnie natką pietruszki i podajemy z przekrojonym na pół jajkiem na twardo i chlebem.
Oczywiście- nie trzeba posługiwać się zakwasem ze sklepu. Samodzielnie zrobiony zakwas nie jest niczym trudnym do osiągnięcia, ale wymaga trzydniowego wyprzedzenia ;) Zakwas na żurek jest podobny do zakwasu na barszcz biały, z tym wyjątkiem, że robi się go z mąki razowej. Potrzebujemy:
- pół szklanki żytniej mąki;
- skórkę z razowego chleba;
- pół litra wody;
- 2 ząbki czosnku;
- pieprz;
- ziele angielskie;
- 1 liść laurowy.
Mąkę zalewamy ciepłą wodą, dodajemy sprasowany czosnek i całą resztę, dokładnie mieszamy i odstawiamy w słoiczku (najlepiej przykrytym ściereczką, albo czymś, co będzie mu pozwalało oddychać). Po trzech dniach możemy już się chwalić własnoręcznie zrobionym zakwasem. Ta-daaam!
14 maj 2013
Pomidorowe knedle z serem feta i szpinakiem.
Konstrukcja prosta i niedroga, a efekty godne królewskiego stołu. Na porcję dla 2 lub 3 dorosłych (tak, żeby objedli się jak dzikie prosiaczki) potrzebujemy:
- 0,5 kg ziemniaków;
- 2 łyżki koncentratu pomidorowego;
- około 1,5 szklanki mąki, plus mąka do podsypywania;
- 1 jajko;
- około 300 g szpinaku (jeśli użyjemy mrożonego- jedno opakowanie, czyli ok 450 g. Po usmażeniu trzeba od niego odsączyć wodę);
- 200 g sera feta;
- od 2 do 5 ząbków czosnku, w zależności od upodobań;
- 1 duża cebula;
- szczypiorek;
- oliwa do smażenia;
- sól, pieprz i gałka muszkatołowa.
Zaczynamy od farszu. Cebulę kroimy w drobną kostkę i podsmażamy na oliwie. Dorzucamy obrany i przeciśnięty przez praskę czosnek. Kiedy już się podrumienią, dodajemy szpinak i smażymy kilka minut, a następnie zdejmujemy z ognia, dodajemy ser feta pokrojony w kostkę i doprawiamy solą (ostrożnie- ser feta już jest słony), pieprzem i mieloną gałką muszkatołową. Jeżeli korzystamy ze szpinaku mrożonego, to przed dodaniem sera i przyprawieniem należy pozbyć się wody, czyli odcedzić go przez drobne sitko. Zostawić do wystygnięcia i gotowe.
Gotujemy we wrzącej, osolonej wodzie dopóki knedle nie wypłyną. Na koniec wykładamy na talerz, obsypujemy dużą ilością zielonego szczypiorku i wcinamy tak, żeby uszy się trzęsły ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
